poniedziałek, 18 lipca 2016

170. Lęk separacyjny - życie "po"

Jakiś czas temu przy okazji wyprzedaży z psiej szafy, napisała do mnie dziewczyna zainteresowana kupnem bandamki. Od słowa do słowa i okazało się, że na bloga trafiła, szukając sposobów na psią samotność. I właśnie wtedy mnie olśniło! Przecież Bona przez długi czas cierpiała na lęk separacyjny. To była nasza zmora i długa, ciężka walka. A teraz? Teraz zapomniałam, że problem był mega duży :-) Dwa i pół roku walki o spokój - nasz, psa i sąsiadów, wspomagany suplementami, przysmakami, zabawkami. Cierpliwość wszystkich wystawiana na kolejne próby i szukanie kolejnych sposobów na ukojenie psiego lęku. Co z tego wyszło?

[Bona - pierwszy dzień u nas]

Jak było na początku:
Bona przed każdym naszym wyjściem przeczuwała je kilka minut wcześniej. Oczywiście widziała rutyny, które zapowiadały naszą długą nieobecność. Chodziła wtedy po domu zdenerwowana, chowała się w łazience, trzęsła się, dyszała. Po kilkunastu dniach, z powodu wcześniejszych zniszczeń i w obawie o jej zdrowie zdecydowaliśmy się na zakup klatki (Bona zanim pojawił się u nas kenel wskoczyła na parapet i zaklinowała łapę w uchylonym oknie. Na tym wąskim parapecie spędziła jakiś czas - nie wiemy dokładnie czy liczyć go w minutach, czy w godzinach, ale zdążyła w międzyczasie załatwić się pod siebie). Z klatką było tak, że raz wchodziła do niej na komendę, innym razem niestety, musieliśmy stawiać ją na progu kenela i wtedy dopiero godziła się z losem i wchodziła do środka (dodam, że w naszej obecności nie miała problemu z przebywaniem w klatce, lubiła to i działało to na nią uspokajająco). Potem zaczynał się koncert - najpierw oburzenie i żal, potem (jak twierdzą sąsiedzi) już tylko żal i zawodzenie "jak dziecko". Całymi godzinami, z przerwą na odpoczynek i wylizanie Konga. Gryzaki i zabawki z jedzeniem pomagały tylko na chwilę, a dyfuzor ADAPTIL (wg. informacji od sąsiadów) wcale. Zawieszana w klatce miska z wodą najczęściej już po kilku minutach lądowała na dnie klatki. Wszystkie przedmioty, które sucz zdołała dosięgnąć (lub ew. wcześniej wyrwać szczebel klatki) wciągała do środka i niszczyła (m.in. płyty z grami i filmy DVD, pad do PS, gazety, koce, poduszki). Do tego przez kilkadziesiąt pierwszych minut Bona dostawała ślinotoku i wraz z wodą na dnie kuwety pływała jej ślina. Nie trudno wyobrazić sobie jak wyglądał pies po naszym powrocie - włos posklejał się, wysechł, robił się twardy, "nażelowany" i psa trzeba było często kąpać (a przynajmniej spłukiwać czystą wodą). Dodatkowo przez takie mieszanki kuweta dość szybko rdzewiała (zabezpieczaliśmy ją specyfikami do metalu, ale Bona również próbowała robić podkop, więc ścierała warstwę zabezpieczającą - pomagało na krótko). Przez 2,5 roku Bona wykończyła dwie klatki, a trzecia ostatecznie nie dokończyła żywota i czeka w piwnicy, aż zbierzemy wszystkie "przydasie" i zaniesiemy do schroniska.
Przez ten czas słuchaliśmy skarg sąsiadów (wcale się nie dziwię) i czytaliśmy anonimowe listy nt. tego, że jeśli pies będzie szczekał w godzinach nocnych, to zostaną wezwane "policja, SM, TOZ oraz wszelkie dostępne media" (dwa razy zdarzyło nam się wrócić do domu ok. 22.30).

"Jakie zniszczenia? Ja nic nie wiem ;-)"

Jak było potem:
Po przeprowadzce (w sierpniu 2015) zaczęliśmy zostawiać Bonę bez klatki. Oczywiście zgodnie z moimi przewidywaniami, najpierw zaczęła przegryzać się przez drzwi wejściowe. Zabezpieczyliśmy je przykręcając bezbarwną płytę akrylową. Następnie ucierpiała cała ściana koło drzwi i zaczęło się wygryzanie wykładziny PCV (też przy drzwiach). Remont i tak planowaliśmy, więc po ok. miesiącu na podłogi i przy drzwiach położyliśmy płytki. Pies nie wiadomo dlaczego zaczął wyżywać się na ścianie pod wieszakiem, gdzie znaleźliśmy odciski jej łap (próbowała chodzić po ścianie?!), na drzwiach: od starej szafy garderobianej i do pokoju (Bona miała do dyspozycji przedpokój i kuchnię, pokoje były zamykane). Z tym radziliśmy sobie pryskając spray'em odstraszającym i przeciw obgryzaniu. Niewiele to dawało. Zostawiane gryzaki najczęściej zjadała już po naszym powrocie (Kong trochę lepiej jej "wchodził").
Aż w końcu urządziliśmy sypialnię i przenieśliśmy się do innego pomieszczenia.
Po przeniesieniu sypialni nadal zamykaliśmy pokoje przed psem. W przedpokoju nadal zdarzało jej się zniszczyć kapcia, pogryźć dywanik. Przez to nie ufałam jej na tyle, żeby zostawić jej otwarte drzwi do któregoś pokoju. Miejsca miała wystarczająco dużo. Tylko jej nie chodziło o przestrzeń... Nagle pewnego pięknego popołudnia po powrocie z pracy, odkryłam, że drzwi do sypialni są otwarte. Za to od razu postanowiłam opieprzyć Ojczulka, bo "to na pewno on zostawił, żeby sprawdzić jak pies się zachowa". Ale moje podejrzenia okazały się niesłuszne. Postanowiłam włączyć kamerkę, żeby zobaczyć jak to się dzieje, że incydent z otwierającymi drzwiami się powtarza. Po odtworzeniu moim oczom ukazała się taka scena:

Zamykam drzwi od sypialni. Wychodzę. Chwila ciszy [pies kmini co się dzieje]. Szczeknięcia. Cisza. A potem "skrob, skrob" zębami w drzwi. Następnie próba wykonania podkopu [drzwi się trzęsą]. "Skrob, skrob", podkop. Na zmianę. I nagle TADAM! Drzwi powoli, otwierają się na oścież, z drugiej strony stoi Ona - sprawczyni. Sama jest zaskoczona sytuacją. Powoli wchodzi do pokoju i odkrywa, że jednak nikogo tam nie ma. Wskakuje na łóżko. Schodzi. Wychodzi na obchód: przedpokój i kuchnia. Nie ma nikogo. Staje w przedpokoju i wydaje z siebie najbardziej żałosne wycie jakie kiedykolwiek słyszałam "aauuuu". Kolejna runda po mieszkaniu. Wraca do pokoju, staje na środku. Rozgląda się i znowu "aauuuu". W końcu wskakuje na łóżko i kładzie się, cały czas czujnie się rozglądając". Po 11 minutach filmik wyłącza się (plan był genialny, tylko trzeba jeszcze pamiętać o naładowaniu baterii ;-) ).
Po tym dniu zostawialiśmy Boniaczkowej otwarte drzwi do sypialni.

Jak jest:
Obecnie kiedy wychodzimy do pracy Bona nadal nie jest zachwycona. Zazwyczaj po spacerze (tym ostatnim przed wyjściem) chowa się za łóżko. Ale nie ma przy tym histerii, nie trzęsie się tak jak kiedyś. Podobno też nie szczeka (specjalnie pytałam sąsiadów czy pies im przeszkadza). Teraz szczeka ewentualnie na kogoś, kto kręci się po klatce schodowej. Nie jest to jednak szczek płaczliwy. Najgorzej jest, kiedy wychodzimy oboje - wtedy rzeczywiście dostaje pie****ca. Biega po domu, szczeka, skacze nam po nogach. Zachowuje się trochę jak dziecko, które właśnie dowiedziało się, że nie wychodzi z rodzicami - złości się na cały świat (brakuje jeszcze, żeby położyła się na podłodze, kopała i biła ją zaciśniętymi piąstkami, tfu! łapkami ;-) )). Zdarzyło jej się też zniszczyć kapcie (dwie pary moich, widać komu robi na złość). Na szczęście nie zabiera się za materac czy kołdry, a to było moim największym zmartwieniem. Łóżko w sypialni jest jej największym azylem i dzięki temu znosi samotność. ŁÓŻKO - tylko tyle i aż tyle :-)



Jaki jest lek na psią samotność? Nie mam pojęcia. Chyba na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Według porad, czytanych przeze mnie przez wiele miesięcy, są to przysmaki, zabawki do wypełnienia jedzeniem, feromony suki karmiącej, suplementy uspokajające, długi spacer, zabawy węchowe lub trening przed wyjściem, włączone radio/telewizor. Kiedyś przeczytałam gdzieś, że psu pomógł wyjazd na wakacje. U nas być może przynosiło to niewielki efekt, ale lekiem na samotność Bony okazało się nasze łóżko. Czasami mam wrażenie, że klatka była niepotrzebna, ale wtedy bałam się o życie suczy (kiedy zaczęła przegryzać kable miałam przed oczami najgorszy scenariusz).
Rozwiązanie problemu było bardzo proste, a zarazem bardzo trudne do odgadnięcia. Łóżko? Tylko otwarte drzwi do sypialni i nasze łóżko wystarczyły, żeby ukoić psie nerwy? To jest tak proste, że aż niemożliwe. Faktem jest, że nasz pies ciężko znosi rozłąkę z nami, przez co jesteśmy skazani na siebie prawie w każdej sytuacji. Na szczęście póki co, udaje nam się pogodzić wszystkie nasze plany i wszędzie znaleźć miejsce dla tej chudej psiej dupki :-)




5 komentarzy:

  1. Najważniejsze, że widać poprawę. Jak tak czytam ten opis, to u nas jest podobnie w trakcie burzy. Tyle że Emet ma siłę 10 razy większą. Przegryzł na wylot 2 pary drzwi, wygryzł metalową klamkę od drzwi antywłamaniowych. Mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Adaptil nie pomógł, najlepszy skutek przynosi mocne trzymanie go na smyczy, tak żeby jak najmniej się ruszał ale to dla mnie ogromny wysiłek. Niestety chyba nie ma na to rady :(.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja po naszych przejsciach mysle podobnie - prawdopodobnie na wiekszosc przypadkow leku separacyjnego jest jakis 'klucz'. Tylko czasami jest on bardzo nieoczywisty i trudno go znalezc.

    OdpowiedzUsuń
  3. U nas jest za to wielki problem z zostawaniem na dworze jak i w domu. Gdy tylko wypuszczę psa na dwór po chwili zaczyna się skuczenie, szczekanie i drapanie drzwi. Pies jest nawet tak zdesperowany, że przechodzi przez furtkę do ogródka (oddzielny odrodzony kawałek na uprawę roślin i kwiatów, znajduje się obok mojego okna) i zaczyna drapać parapet. Gdy dam jej jakieś jedzenie to się ucisza ale tylko dopóki się nie naje. W domu także uspokaja ją na chwilę jedzenie lecz po nim załatwia się w pokoju :/

    Pozdrawiamy
    Biały Krukk

    OdpowiedzUsuń
  4. Podziwiam Was za wytrwałość :) Jesteście wspaniali!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ważne, że wam się udaje to naprawić ;) Z każdą chwilą, będzie już tylko lepiej.

    OdpowiedzUsuń

Czekam na Wasze komentarze. Zostawiajcie też adresy Waszych blogów. Proszę nie zostawiać komentarzy w stylu "Obserwacja za obserwację", wystarczy adres bloga - jeśli będzie dla mnie interesujący, na pewno dodam do obserwowanych! :-)